niedziela, 6 kwietnia 2014

Rano obudziły mnie promienie słoneczne wdzierające się przez niezasłonięte roletami okno. Odwróciłam się na drugi bok i przykryłam bardziej kordłą próbując jeszcze raz zasnąć.
Nagle rozległo się pukanie w drzwi. Rodzice więc niech otworzą pomyślałam.
-Kim! Zejdź szybko na dół!-krzyczała z dołu moja rodzicielka
Czego ktoś ode mnie chce chociaż jak pomyślałam, że może być to Bartek otworzyłam szerzej oczy i zeszłam po schodach na dół.
Szczerze? Spodziewałam się każdego w tym momencie w domu.
A widocznie nie roważyłam wszystkich opcji.
W drzwiach obok mojej mamy stał wysoki mężczyzna w czarnym mundurze z odblaskową naszywką z czarnym napisem POLICJA
-dzień dobry, Artur Łęga z powiatowej policji w tym mieście, czy nazywa się pani Kim Smith?
-dzień dobry, tak to ja, o co chodzi?
-zna pani Bartosza Radlera?
-tak
-dobrze, więc pojedzie pani ze mną na komisariat i odpowie na kilka pytań
-tak tylko pozwoli pan, że nałożę coś na siebie, zajmie mi to sekundę
-proszę się pośpieszyć
Nie odpowiedziałam. Pobiegłam na górę, zdjęłam z siebie koszulkę w której spałam i założyłam czarne dresy, koszulkę, bluzę i trampki.
Zeszłam na dół i udałam się z (nie powiem, że nie) przystojnym policjantem.
Kurwa Kim! Odezwała się moja podświadomość
No co?
Jedziesz na policję złożyć zeznania w sprawie Bartka a ty już myślisz o tym jaki on przystojny! Ogarnij się!
Jak ja nienawidzę swojej podświadomości, ale zdałam sobie teraz sprawę, że nie wiem co się stało z Bartkiem, że mam złożyć  zeznania.
-przepraszam
-tak?
-mogę wiedzieć co się stało, że mam składać zeznania
-dowie się pani na komisariacie
I tyle. No koleś dzięki za info, dużo się dowiedziałam...sarkazm. Patrząc na widoki za oknem zauważyłam budynek komisariatu.
To już tu. Pomyślałam.
Wyszliśmy i skierowaliśmy się do wnętrza budynku.
-Meryl zawiadom komendanta, że Kim Smith już jest.
Starsza kobieta chwyciła za słuchawkę telefonu i coś mówiła a ja byłam prowadzona dalej. Z jednego z pomieszczeń wyszedł postawny męszczyzna.
-witam, komendant Henry Kruk proszę udać się ze mną.
Szłam za nim do (jak się okazało)jego gabinetu.
-proszę usiaść-pokazał krzesło stojące  przed biórkiem.
Zaraz i on skierował się na swoje miejsce na przeciwko mnie przy biórku. Wyciągnął jakieś papiery i zdjęcia.
-przejdźmy do rzeczy-odchrząknął-mówi pani, że zna Bartosza Radlera
-no tak, to mój-szukałam odpowiedniego słowa. Chłopak? Nieee, nie pytał mnie o to. - bliski przyjaciel
-dzisiaj o godzinie 4:00 rano znaleziono jego ciało
-co?!- o czym ten facet do mnie mówi, co jest kurwa no.-ale jak to?! Czy on...
-przykro mi...-nie nie nie nie kurwa NIE , zakryłam twarz dłońmi i zaczęłam ryczeć. Boże, co się takiego stało. Dlaczego, kurwa czemu.-ciało znaleziono w opuszczonym magazynie wraz z pięcioma innymi ciałami.-pokazał mi zdjęcia wszystkich, nikogo nie znałam oprócz Bartka, wyglągał masakryczne, twarz cała we krwi, zadźgany, postrzelony. Nie mogłam patrzeć dłużej na te zdjęcia. Odłożyłam je.
Siedziałam dwie godziny na komisariacie, facet zadawał mi mnóstwo pytań. Aż w końcu zostałam puszczona do domu.
Pomimo zaproponowanej 'podwózki' do domu, chciałam się przejść sama. Szłam prosto do domu. Nie wytrzymując natłoku myśli, łez, skręciłam i usiadłam na parkowej ławce, stąd do domu mam jeszcze jakieś 10 minut. Podciągnełam do siebie kolana i schowałam głowę. Dalej ryczałam. Nie wiem ile czasu tak trwałam.
Nie obchodziło mnie nawet to. Już nic nie obchodziło mnie.
Krótko znałam Bartka, ale dostałam potężny cios w serce gdy dowiedziałam się o jego śmierci.
Life is brutal. Te słowa zgadzają się w zupełności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz